Skip links

Kim jest Ratownik Medyczny? Jak widzi swoją pracę?

W najbardziej ogólnym ujęciu ratownik to człowiek udzielający pomocy poszkodowanemu. Zgodnie z definicją podaną w Słowniku języka polskiego jest to osoba niosąca pomoc w nagłych wypadkach. Podkreśla się również, że ratownik może należeć do grupy – tzw. ekipy przeznaczonej do akcji ratunkowych. Zatem ratownik to człowiek, który pilnuje bezpieczeństwa, niesie pomoc i udziela pierwszej pomocy w razie konieczności. Z przytoczonej definicji tej wynika, że jest to osoba, która chroni życie, przy czym co ważne – życie innych osób. Czyni to poprzez udzielanie pomocy w niecodziennych okolicznościach, czyli w nagłych wypadkach zagrożenia tego życia. W myśl definicji, zgodnie z którą ratownictwo medyczne to dyscyplina medyczna obejmująca działania lecznicze i organizacyjne w sytuacjach nagłego zagrożenia zdrowia lub życia – ratownik medyczny to osoba, która posiada odpowiednie kwalifikacje i umiejętności do niesienia pomocy w stanach zagrożenia zdrowia i życia.

Tyle można powiedzieć/napisać z czysto idealistycznych powódek. Rzeczywistość ratownika medycznego jest bardzo często zgoła różna od przytoczonych definicji, zdecydowanie bardziej szara, a niekiedy mroczna. Ci co pracują już kilka lat w tym jakże ważnym dla bezpieczeństwa naszego społeczeństwa zawodzie, mogą śmiało stwierdzić, że w niczym się nie pokrywa z przytoczonymi wcześniej definicjami. No może w niewielkim procencie, ale o tym za chwilę.

Codzienność ratownika medycznego w zespołach wyjazdowych wiąże się bardzo często z interweniowaniem z sytuacjach „okołomedycznych”, polegających m.in. na rozwiązywaniu rodzinnych problemów związanych z brakiem odpowiedzialności jej poszczególnych członków za opiekę nad osobami starszymi. „Babki świąteczne”, czyli osoby starsze na siłę wypychane z domów do szpitala na czas świąt, czy urlopów, gdzie zaprzestanie podawania leków na kilka dni przed wezwaniem Zespołu Ratownictwa Medycznego to już jest narodowa plaga. Nieporadność w zabiegach pielęgnacyjnych osób starszych również może się stać pretekstem do zasięgnięcia porady  osób, które z definicji mają nieść pomoc w stanach nagłych zagrożenia życia i zdrowia. No dobrze odleżyna III stopnia jest stanem zagrożenia zdrowia, tylko czy jest to zdarzenie nagłe. Awantury domowe to okazuje się również „nagłe wypadki”, gdzie osoba wzywająca chcąc definitywnie zakończyć kłótnie stwierdza, że potencjalny obiekt zainteresowania ratowników medycznych jest psychiczny i wg niego wymaga konsultacji psychiatrycznej. No a kto jak nie Zespoły Ratownictwa Medycznego dysponują siłami i środkami w postaci skierowanka na badanka umożliwiającymi taką konsultację. Szerokość geograficzna na której ratownicy medyczni świadczą swoje usługi również nie napawa optymizmem. Przecież gdyby wprowadzić w naszym kraju prohibicję to ilość wyjazdów na pewno w sposób odczuwalny by zmalała. Bo przecież obywateli którzy popełniają zgorszenie społeczne wylegując się pod blokiem, w parku, czy rzut beretem od sklepu monopolowego wszędzie jest taka sama. I nie ważne czy to Zachodniopomorskie kurorty, górniczy Śląsk, czy miasto stołeczne. Prasa oraz internety coraz częściej donoszą (źle mi się kojarzy to słowo) o tym że coraz większą popularnością staje się przyjemny wieczorek z czwartku na wtorek, gdzie jako stały punkt programu  bogu ducha winni ratownicy medyczni traktowani są jako sparing partnerzy. Cały ten koktajl „nagłych wypadków” może niestety przyczyniać się do konstruowania w głowie ratownika medycznego obrazu społeczeństwa, które jest niezbyt przystosowane do prawidłowego funkcjonowania, gdzie świadomość o statutowych zadaniach  Ratownictwa Medycznego oraz roli jaką pełnią w tym społeczeństwie ratownicy medyczni jest niewielka. To wszystko przyczynia się niestety do postępującego i degeneracyjnego wypalenia największych zapaleńców ratownictwa, do których przyznam się szczerze nigdy nie należałem. Wolę o sobie myśleć jak o rzemieślniku, który poprzez zdobyte kwalifikacje i ciągłe doskonalenie zawodowe wykonuje rzemiosło, którego skutkiem jest szeroko rozumiana stabilizacja stanu osoby poszkodowanej, lub „osoby poszkodowanej aka klienta”. Teraz pozostaje pytanie, gdzie w tej całej kakofonii żali i pretensji na dolę i niedole ratownika medycznego, który przecież biorąc czynny udział w seminariach, warsztatach, kursie doskonalącym intensywnie ćwicząc i trenując ratuje/stabilizuje w symulacjach  poszkodowanych w stanach zagrożenia życia. Ja już wiem i liczę na to, że część ratowników medycznych jest w stanie podzielić  moją opinię na to, że właśnie ten niewielki procent wyjazdów do stanów zagrożenia życia, które są wcześniej przez nas ćwiczone i kończą się sukcesem dla nas i pacjenta potrafi dać mega pozytywnego kopa i chęć do pracy w naszym zawodzie. Wyjazd do bólu w kl. piersiowej w kodzie drugim już nie jednego ratownika potrafił zaskoczyć. Jednak wygrywa rutyna i nikt mnie nie przekona, że na 3 piętro dwuosobowy zespół zabiera ze sobą więcej sprzętu niż plecak medyczny i kardiomonitor ( bez lokowania produktu ). Pacjent lat 65. Piękny wiek. Mężczyzna nabiera praw emerytalnych, nic tylko resztę życia spędzić wypoczywając na działce i raz, dwa razy w roku wyjeżdżać do sanatorium lub na wycieczkę zagraniczną. Wrażenie ogólne mężczyzna w stanie średnim, blady, spocony, pozycja półsiedząca. Rodzina na miejscu jawnie uprzedzona, popędzająca z jakże znanymi w naszym środowisku tekstami: co tak długo, on tu zaraz umrze! Fakt, człowiek jest chory i wymaga naszej pomocy.  Pierwsza myśl będzie zawał mięśnia sercowego. Łatwizna podamy opiaty, zrobimy ekg, wyślemy do mądrych kardiologów, jeszcze nitrogliceryna pod język po wykluczeniu zawału ściany dolnej lub prawej serca i na krzesełku do karetki. Tlen to dopiero w ambulansie, po przecież pacjent wytrzyma jeszcze kilka minut. Ocena A – drogi oddechowe drożne. Ocena B – ilość oddechów 24/min, osłuchowo szmer pęcherzykowy u szczytów obustronnie prawidłowy, u podstawy trzeszczenia, bez wysiłku oddechowego, saturacja nieoznaczalna ( czyżby miał hipotonię ). Ocena C – i zaczynają się schodki dla rutyniarza. Tętno na obwodzie nieoznaczalne, a na tętniczy szyjnej wali z prędkością karabinu maszynowego. Ekg to już na szybko z jednoczesnym uzupełnieniem wywiadu: a że zawał mięśnia sercowego przed dwunastoma laty, a i nie wiemy czy to ważne ale przed naszym przyjazdem to była chwilowa utrata przytomności. W zapisie wypisz wymaluj częstoskurcz z czynnością komór 240/min. I teraz już nie masz wyjścia panie ratolu rozpoznaj i lecz. Punkt pierwszy: rozpoznaj. częstoskurcz komorowy czy nadkomorowy? Czekaj, czekaj jak to było mała kratka to było 0.04 s czy 0.02 s i ile to musi być kratek, aby to był szeroki QRS. Na szczęście nie widziałem załamka p, więc zakwalifikowałem jako komorowy i tak wiem nie jest to jednoznaczne kryterium rozpoznania. Punkt drugi: lecz. Mamy wstrząs, mamy omdlenie, mamy objawy niewydolności serca. Jak nic lekiem z wyboru jest prąd elektryczny. Łatwo jest leczyć prądem poszkodowanego który nie oddycha. Większość, jak nie wszyscy ratownicy mieli okazję choć raz w swojej karierze zawodowej defibrylację wykonywać. Z kardiowersja elektryczną, już nie jest tak łatwo. W mojej ocenie oczywiście. Pomijając fakt, że dopiero od trzech lat w świetle prawa mamy taką możliwość i jest ona w programie kursów doskonalących dla ratowników medycznych, ale niech z ręką na sercu przyzna się ten kto w ciemno i bez krzty wątpliwości, jest w stanie wykonać tą procedurę medyczną, bez posiłkowania się zespołem S. Człowieka to trzeba uśpić, leczyć ból który za chwilę mu sprawimy, o drogi oddechowe też musimy zadbać. Czy już wspominałem, że idąc na wizytę nie przewidziałem potrzeby zabrania tlenu. A może podam 300 mg Amiodaronu, może pomoże i nie będzie trzeba leczyć prądem. Moment decyzji. Obudź się człowieku. To jest ten wyjazd, to jest ten pacjent który czeka na to, żebyś się wywiązał ze swojego statutowego zadania. Masz wszystko ( no może poza tlenem), aby temu człowiekowi pomóc, uratować jego zdrowie, a może nawet życie i to bez ubytków neurologicznych jakie występują po zatrzymaniu krążenia. Rodzina oczywiście nie widzi konsternacji w oczach zespołu. Coś tam przyklejamy, o coś się pytamy, nabieramy leki. Chyba wszystko robią dobrze. Chwila w której decydujesz się na kardiowersję pierwszy raz w karierze zawodowej to już jest niezły kop. Jeszcze nie zrobiłeś, a już czujesz ten przypływ adrenaliny. Zapewne są ratownicy, którzy pracują na oddziałach kardiologii i traktują to jak rutynę, albo mieszkają w jakimś niespecyficznym miejscu, gdzie ilość zaburzeń rytmu wymagających leczenia prądem jest porównywalna z ilością wyładowań atmosferycznych w okresie letnim. Jednak z wywiadu środowiskowego wiem, że nie jest to powszechne dla większości ratowników medycznych. Prędzej captopril i hydroxyzyna wyjmowana z kieszeni, bez plecaka, na wizycie do nadciśnienia tętniczego u samotnej seniorki. Iść po tą butlę z tlenem, czy sobie darować? Punkt trzeci: stan po. No nie niestety, nie tak szybko. Po pierwszej kardiowersji z siłą 120j ( serio pamiętałem bez podglądania w smartfona) leczenie bezskuteczne. Na szczęście pacjent śpi i nie może nas zrugać, że jego bohatera prądem potraktowaliśmy. Ale nie zapominamy o rodzinie, która została oczywiście poinformowana przed procedurą jakie mają być efekty. A efekty ujmijmy to tak: mierne. Był przytomny, jest nieprzytomny. Oddychał, teraz już oddech jest wspomagany ( tak tak zorganizowaliśmy tlen – zagraliśmy w papier kamień, nożyce o to kto po butlę pójdzie), był częstoskurcz, jest częstoskurcz. I teraz dopiero człowiekowi pot z tyłka zaczyna spływać. Na szczęście algorytm postępowania przygotował nas na taką ewentualność. Masz jeszcze dwie próby panie ratowniku, aby temu człowiekowi pomóc prądem. Ładowanie, a nie wcześniej synchronizacja  z załamkiem R.  Wyładowanie… Wracasz do bazy z uśmiechem od ucha do ucha i już wiesz, że to pozwoli Ci na jakiś czas w załatwianiu „okołomedycznych” problemów. Bo przecież, gdzieś tam w niedalekiej, bądź dalekiej przyszłości czeka na Ciebie kolejny pacjent, który bez Twojej wiedzy i umiejętności nie ma możliwości przeżyć.

 

Marcin Plonder